Korekta krótkich treści to jedna z tych usług, na których często się oszczędza. Bo po co zatrudniać korektora do posta na LinkedIn czy krótkiego newslettera? Książki to inna sprawa, w nich błędy mają poważne konsekwencje. Ale kilka zdań? Wydaje się, że każdy da sobie radę sam… Szkopuł w tym, że tych „kilka zdań” czyta setki, a nawet tysiące osób. Pojawiają się w skrzynkach mailowych, na ekranach telefonów, przystankach czy billboardach przy ruchliwych ulicach. I nie mają gdzie się schować – nie istnieje nic, co by je przykryło lub odwróciło uwagę odbiorcy. A ile można zepsuć w kilku zdaniach? Okazuje się, że całkiem sporo.
„Mamy copywritera, po co nam korektor?”
Myślałam podobnie, zanim sama nie zaczęłam tworzyć treści. Wiele osób myśli, że skoro copywriter pracuje z językiem, to nie zrobi żadnego błędu; po co więc płacić komuś dodatkowo za sprawdzenie kilku zdań? Problem w tym, że każdy autor, niezależnie od umiejętności i doświadczenia, po pewnym czasie przestaje dostrzegać nieprawidłowości we własnym tekście. Widzi to, co chciał napisać i co słyszy w swojej głowie, a nie to, co faktycznie przelał na papier (lub plik tekstowy). To nie kwestia niedbałości, to psychologia. Mózg automatycznie uzupełnia luki i poprawia błędy, zanim te w ogóle dotrą do świadomości autora. Dlatego gdy na ten sam tekst – choćby przeczytany przez twórcę pięć razy – spojrzy ktoś z zewnątrz, może dostrzec literówki, zaginione przecinki czy błędy składniowe. Rolą korektora jest zatem zapewnienie świeżego spojrzenia.
Im krótszy tekst, tym mniej miejsca na błędy
W powieści jedna literówka może zaginąć w morzu stron. W poście na Facebooku ta sama literówka staje się jego centralnym punktem, całkowicie dominując przekaz. Na banerze reklamowym bywa jedyną rzeczą, którą zapamięta odbiorca. Tak, mały błąd może wryć się w pamięć bardziej niż najlepszy produkt.
Najgorsze w błędach w krótkich treściach jest to, że dostrzegają je odbiorcy – twoi potencjalni klienci. Nie w cztery oczy, nie mailem, tylko w komentarzach, na zdjęciach czy zrzutach ekranu, które krążą po grupach i mediach społecznościowych. Ośmieszenie marki z powodu literówki czy brakującego przecinka może wydawać się przesadzone, ale tak działa internet – jest bezlitosny.
Myślenie, że korekta krótkiego tekstu jest zbędna, bo reklama jest chwilowa i za rok będzie przecież tworzona nowa, jest mylne. Jeśli trafi do internetu, już nigdy z niego nie zniknie – podobnie jak plakat wyborczy Sebastiana Kalety z 2018 roku, na którym w jednym haśle udało się zamieścić zarówno brak dywizu, jak i rażący błąd ortograficzny (poprawnie: „Praga–Południe”).

Ktoś to zaprojektował, ktoś zatwierdził, ktoś wysłał do druku. A potem wszyscy to zobaczyli. I zapamiętali – nie kandydata, nie program, tylko błąd. Wiarygodność buduje się latami, jednak można ją stracić jednym zdjęciem wrzuconym do internetu.
Korektor nie szuka dziury w całym
Zadaniem korektora nie jest wytykanie błędów, ale sprawienie, by tekst był najlepszą wersją siebie – poprawnym, spójnym i spełniającym swoje zadanie. W krótkiej formie to szczególnie istotne, bo nie ma miejsca na przypadkowość. Jeśli chcesz zobaczyć, jak wygląda współpraca z korektorką w praktyce, zacznij tutaj.
Oszczędzanie na korekcie krótkich treści to jak wyjście na spotkanie biznesowe w idealnie skrojonym garniturze i… z rozpiętym rozporkiem. Niby szczegół, ale gwarantuję, że nikt nie będzie słuchał tego, co masz do powiedzenia.
A „Praga Połódnie” do dziś nie została zapomniana. Szczególnie przez Prażan.